'El Magico' - zaczaruj nas jeszcze raz!
27.02.2008 | 16:32:49 | dodał: Andrzej Szymura
Rok 2003 jest rokiem szczególnym w najnowszej historii klubu piłkarskiego FC Barcelona. To rok wielkich przemian, jakie przechodził wtedy zespół ze stolicy Katalonii. Owe wielkie zmiany zapoczątkowały wybory nowego prezydenta, do których dojść musiało, a doszło i tak zbyt późno. Kiedy w latach 2000-2003, funkcję prezesa Barcy piastował Joan Gaspart, ta nie dość, że nie zdobyła żadnego trofeum, to w dodatku popadła w gigantyczne długi, spowodowane między innymi nierozsądną polityką transferową i zawieraniem nieprzyzwoicie wysokich kontraktów z piłkarzami, którzy dość szybko udowadniali, że na Camp Nou znaleźć się nie powinni. Wybory wygrał młody prawnik, Joan Laporta. Od pierwszych dni swojej prezydentury postanowił ostro wziąć się do pracy i uzdrawiania "Dumy Katalonii"...
Lekarstwem na wszelkie niepowodzenia Barcelony oraz długi zaciągnięte przez jego poprzednika miały stać się sukcesy sportowe. Te, jak wiadomo, nie biorą się znikąd. Trzeba było zatem przeprowadzić rewolucję kadrową. Laporta był w stanie wyłożyć naprawdę wielkie pieniądze na piłkarza, który pomógłby mu w realizacji jego celu. Początkowo miał nim być David Beckham, lecz do transferu Anglika nie doszło, gdyż wolał on grać w Realu. Trzeba było szybko ściągnąć gwiazdę światowego formatu, by nie zostać okrzykniętym przez cules - niesłownym. Laporta postawił na Brazylijczyka Ronaldinho, którego sytuacja w dotychczasowym klubie, Paris Saint Germain, nie wyglądała zbyt kolorowo. Przyszły uzdrowiciel kosztował Barcelonę 25 milionów euro.
Ronaldinho w Barcelonie
Ronaldinho miał wówczas opinię piłkarza nieprzewidywalnego, nieprzeciętnego, ale również posiadającego dość trudny charakter, toteż część kibiców obawiała się, czy ten nadaje się do roli nowego lidera drużyny. Po pierwszym meczu Ronniego na Camp Nou, wątpliwości zostały rozwiane. Katalończycy podejmowali w ramach drugiej kolejki ligowej Sevillę. Goście już w 10 minucie spotkania objęli prowadzenie, za sprawą José Antonio Reyesa. Dopiero po przerwie wynik na 1-1 ustalił Ronaldinho. Można powiedzieć: "I co w tym takiego niezwykłego? Przecież piłkarz jest po to, by strzelać gole!". To prawda, lecz takiego gola, jak ten strzelony przez Ronaldinho, nie potrafi strzelić byle kto. Nowa "dziesiątka" Barcy przejęła piłkę na połowie boiska, minęła efektownie dwóch rywali, po czym oddała atomowe uderzenie z okolicy 30 metra boiska. Piłka po odbiciu od poprzeczki znalazła drogę do bramki, a na trybunach Camp Nou zakotłowało się z radości.
Ronaldinho regularnie strzelał gole i mimo, że czasem brakowało mu jeszcze zgrania z kolegami z drużyny, którzy nie zawsze potrafili nadążyć za jego tokiem myślenia, powoli stawało się jasne, że to odpowiedni człowiek, na odpowiednim miejscu. Pierwsza połowa sezonu stała więc pod znakiem "uczenia się siebie nawzajem". Barca doznawała w tym czasie sromotnych porażek, tracąc szanse na zdobycie upragnionego mistrzostwa Hiszpanii. W drugiej jego części Katalończycy, pod wodzą Ronaldinho, osiągnęli jednak to, na co tak długo pracowali. Kiedy po porażce w Gran Derbi na Camp Nou Barca traciła do lidera trzynaście punktów, nikomu nie przyszło by do głowy, że będzie ją stać na walkę o mistrzostwo. Sztuka ta się nie udała, lecz Barca uzyskała rekordową liczbę kolejnych zwycięstw z rzędu, której nie przerwało nawet kolejne Gran Derbi w Madrycie. Na cztery minuty przed końcem meczu na tablicy Santiago Bernabeu widniał jeszcze remis. W tym momencie błysnął Ronaldinho, który zagrał lobem ponad defensywą Realu, do wychodzącego na pozycję Xaviego, który pokonał Ikera Casillasa. Druga lokata na finiszu rozgrywek, ale ważniejsze wtedy było to, że Real był niżej. Brazylijski artysta został wyróżniony pod koniec 2004 roku nagrodą Piłkarza Roku w plebiscycie FIFA.
Sezon 2004/2005
Ronaldinho, wsparty transferami kolejnych doskonałych graczy, jak choćby Deco i Eto'o, tchnął w Barcelonę nowego ducha i stworzył z niej najpiękniej grającą drużynę w Europie. To pociągało stopniowo za sobą sukces marketingowy, bowiem koszulki z jego nazwiskiem sprzedawały się jak świeże bułeczki, a kibice jeszcze chętniej przychodzili na mecze.
Po dziesięciu kolejkach następnego sezonu, Barcelona miała siedem punktów przewagi nad drugim w tabeli Realem, a zespołem Franka Rijkaarda zachwycali się dosłownie wszyscy. "Królewscy" liczyli na zmniejszenie straty punktowej w bezpośrednim pojedynku, lecz srogo się zawiedli. Brazylijczyk poprowadził swoją drużynę do efektownego zwycięstwa nad odwiecznym rywalem 3-0. Po meczu 36. kolejki Katalończycy mogli się cieszyć z jakże długo oczekiwanego mistrzostwa Hiszpanii i nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, czyja to zasługa.
Campeones, campeones...
Piękne bramki, podania, odgrywanie piłki plecami, efektowne dryblingi oraz sztuczki techniczne uczyniły z Ronaldinho największego piłkarza globu. Ile razy byliśmy świadkami sytuacji, gdy obrońca drużyny przeciwnej potykał się o własne nogi chcąc zatrzymać Brazylijczyka. Jednym z najbardziej nietypowych zagrań 'el Magico' jest "no-look pass". Jeśli chodzi o to zagranie, Ronaldinho doczekał się niezliczonej ilości marnych naśladowców, bowiem jeszcze żaden z nich nie potrafił tego zrobić w sposób tak naturalny jak on.
Katalończycy coraz więcej znaczyli też w Champions League, jednak nie udało im się zajść dalej niż tylko do 1/8 finału. Pokazali jednak w tamtych rozgrywkach piękny football, którego, przykładowo, brutalnie grająca Chelsea - mogłaby im jedynie pozazdrościć.
Sezon 2005/2006
Ten był jeszcze bardziej udany, zarówno dla samego Ronaldinho, jak również całej Barcelony. Po dość przeciętnym początku, rozpędzona katalońska maszyna rozjeżdżała na swojej drodze każdego kto ośmielił się na niej stanąć, a Ronaldinho był jej motorem napędowym. Przed dwunastą kolejką sensacyjnym liderem był zespół Osasuny, a Barcelona jechała na Bernabeu. Mecz zaczynał się o godzinie 20, a o 22 Barca była już pierwsza w tabeli! Najpierw Eto'o, a potem dwukrotnie Ronaldinho, pokonywali bezradnego Casillasa. R10 przy obu bramkach ośmieszył defensywę rywala. Prowadzenia Katalończycy nie oddali już do końca sezonu, zdobywając drugi z rzędu tytuł mistrzowski. Prócz tego tytułu, zespołowi Franka Rijkaarda udało się po raz drugi w ponad stuletniej historii klubu, wywalczyć Puchara Europy. Brazylijczyk w całym turnieju dał swoim kibicom na całym świecie mnóstwo powodów do radości. Nie sposób ich wszystkich wymienić. Można przypomnieć o golu zdobytym przeciwko Chelsea na Camp Nou, strzelonym po pięknym rajdzie i strzale z linii pola karnego; bramce w meczu ćwierćfinałowym z Benficą Lizbona; nonszalanckim dryblingu przeciwko Gennaro Gattuso i idealnym podaniu do Giuly'ego, którego gol dał Barcie awans do finału, lecz to wszystko i tak nie odda wkładu, jaki ten piłkarz wniósł do drużyny.
Enttäuschung
Sezon zakończył się zatem dla Barcelony niezwykle pomyślnie. Jej największa gwiazda - Ronaldinho - poprowadziła ją do tryumfu w rozgrywkach krajowych i europejskich. Zawodnik grał non stop na najwyższych obrotach, niemal bez odpoczynku, bowiem bez niego, zwycięstwa Barcy, nie były już tak oczywiste. Po sezonie nie było jednak czasu na regenerację sił, bowiem przed zawodnikiem stało kolejne wyzwanie - niemiecki Mundial.
Jak na każdym turnieju Mistrzostw Świata faworytem byli Canarinhos. Podopieczni Carlosa Alberto Parreiry trafili do grupy razem z Australią, Japonią oraz Chorwacją. Wszystkie trzy mecze grupowe Brazylijczycy wygrali, jednak udział Ronaldinho, delikatnie rzecz ujmując, należy określić jako "znikomy". Gwiazdor Barcelony nie błyszczał już tak, jak w ostatnich dwóch sezonach w klubie. Przemęczenie wyraźnie dawało o sobie znać. Fazę pucharową Brazylijczycy zaczęli od meczu z Ghaną, które również dość pewnie wygrali i w którym Ronni znowu nie strzelił gola. W ćwierćfinale Francja okazała się zbyt mocna dla piłkarzy kraju kawy i tak zakończył się ich udział w imprezie.
Piłkarski świat jest brutalny i porażka Brazylijczyków na mundialu w Niemczech wymagała ofiary. Większość dziennikarskich hien tylko czeka na drobne potknięcie któregoś z wielkich piłkarzy, aby natychmiast zrobić z tego sensację. Tej przykrej sytuacji doświadczył również Ronaldinho, którego prasa okrzyknęła winnym za niepowodzenie jego reprezentacji.
Sezon 2006/2007
To już swego rodzaju "tradycja", że sezon po Mistrzostwach Świata jest dość nietypowy, ponieważ najwięksi piłkarze naszej planety, zmęczeni udziałem w tym turnieju, nie zdążyli odpocząć przed nowymi rozgrywkami, a tym samym nie grają tak dobrze, jak przed nim. Niby to wszystko takie oczywiste i zrozumiałe, jednak, gdy gra się w tak wielkim klubie jak FC Barcelona - niekoniecznie. Od zawodnika zakładającego koszulkę Blaugrana oczekuje się, by ten nie schodził poniżej swojego naturalnego poziomu, by ciągle grał na najwyższych obrotach. To jest niemożliwością, prędzej czy później każdego dopadnie chwila słabości... nawet takiego piłkarza jak Ronaldinho.
Mimo rosnącego zmęczenia, na Brazylijczyku ciążyły coraz większe wymagania, spowodowane kontuzjami podstawowych zawodników. Ciężaru tego zawodnik nie był w stanie dźwigać, a to było jedynie wodą na młyn dla dziennikarskich rewelacji. Z czasem piłkarz sam się chyba w tym wszystkim pogubił. Niemożność powrotu do zadowalającej formy, wszechobecna krytyka spowodowały, że uśmiech, którym jeszcze niedawno radował miliony, powoli schodził z jego ust. Z każdym dniem mówiło się więcej o jego nocnych wojażach suto zakrapianych alkoholem, plotkach związanych z życiem intymnym, nadwagą i wielu innych "nowinkach". Po jednym ze spotkań doszło w końcu do niemałej sprzeczki pomiędzy Ronnim a innym, równie "charyzmatycznym" graczem Barcy - Samuelem Eto'o. Stosunki w szatni uległy pogorszeniu. Sami zawodnicy wszem i wobec ogłaszali, że nie ma żadnego konfliktu, lecz gołym okiem można było dostrzec, że jest inaczej. Od tego czasu zaczęło się mówić, że któraś z tych indywidualności będzie musiała opuścić stolicę Katalonii. Włodarze Chelsea, Milanu czy Interu co rusz podbijali kwotę transferu za katalońską gwiazdę, jednak prezydent Laporta ani myślał o jego sprzedaży. Sytuacja się nie poprawiała, Barca grała w kratkę i mało kto dostrzegał, że po cichu budzi się Real Madryt. Blancos wykorzystali słabość rywala i w 34. kolejce wyszli na prowadzenie w tabeli la Liga. Nie oddali go już do końca rozgrywek, a Barcelona zamiast trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego i marzeniu o obronie Pucharu Europy, musiała przełknąć gorycz porażki.
Sezon 2007/2008
Otrzeźwiony brakiem jakiegokolwiek trofeum w poprzednim sezonie prezydent Laporta, postanowił szybko zadziałać i zrobić coś, co pozwoli odświeżyć zespół, którego gra stawała się coraz bardziej przewidywalna. Za grube miliony do klubu przyszli nowi zawodnicy. Największym hitem okna transferowego było przejście na Camp Nou francuskiego napastnika i notabene przyjaciela Ronaldinho, Thierry'ego Henry. Za nim przyszli Gabriel Milito, Yaya Toure, Eric Abidal. Gra Barcy ciągle miała się jednak opierać na geniuszu Ronaldinho, który początek sezonu miał nie najgorszy. Z czasem jednak okazało się, że ciągle nie potrafi on osiągnąć formy, jaką prezentował dawniej, a Barcelona traciła kolejne punkty do liderującego Realu. Zdarzały się chwilowe przebłyski, lecz chcąc odpowiedzieć na pytanie: "Kiedy Ronaldinho rozegrał cały dobry mecz?", trzeba by było powrócić pamięcią do sezonu 2005/2006.
Była to również trudna sytuacja dla trenera Rijkaarda, który nie do końca chyba wiedział, jak zachować się w tej sytuacji. Wystawiał on więc Ronaldinho w podstawowym składzie, co nie przynosiło żadnych zmian, jak tylko coraz głośniejsze gwizdy katalońskich kibiców pod adresem Brazylijczyka. I długo to trwało, ale w końcu do Holendra dotarło, że R10 musi zasiąść na ławce. Pozbawiony radości z gry oraz dawnej motoryki Brazylijczyk musiał dokonać wyboru: zacząć naprawdę solidnie pracować nad swoją formą fizyczną i psychiczną lub odejść. Póki co nieustannie zapewniał swoich fanów, że nie zamierza się nigdzie wybierać i że stać go na grę na swoim dawnym poziomie.
Przebłysku owego dawnego poziomu doświadczyliśmy w minioną środę, kiedy Barcelona grała w Lidze Mistrzów z Celtikiem Glasgow. Ronaldinho, po raz pierwszy w tym roku desygnowany do podstawowej jedenastki, rozegrał wspaniałe zawody. Widzieliśmy odmienionego zawodnika, który dryblował, asystował, prowadził grę wzdłuż, nie wszerz boiska, ba - walczył nawet w defensywie. Oczywiście porównywać tego z jego najwyższą formą jeszcze nie można, lecz jako dobry prognostyk - owszem. Ktoś powie, że jeden mecz nie zmienia niczego. I ma świętą rację, ale ten jeden mecz przywraca nadzieje kibicom, że będą oni jeszcze oglądać Ronniego sprzed dwóch lat. Nasza rola w tym wszystkim jest taka, by wykazywać się większym zrozumieniem i wsparciem. Wypisywanie po każdym jego słabszym występie, że należy go sprzedać za drobne pieniądze do innego klubu, czy że "on już się skończył" do niczego nie prowadzą, a jedynie pokazują ile jest wart dla nas piłkarz, któremu zawdzięczamy miejsce Barcelony w dzisiejszej piłce nożnej. Otrzymaliśmy dowód na to, że Ronaldinho nie zapomniał na czym polega gra w piłkę na światowym poziomie. Pomóżmy zatem 'el Magico', by ten znów mógł nas uraczyć swoim piłkarskim kunsztem.